Dziura, której nie ma czym załatać.

Oddałam psa by łatwiej było żyć, bym potrafiła ogarniać codzienność z dzieckiem, bez języka na piersi i ciągłego hamowania złości. I jakoś tak lżej nieco, a z drugiej strony puściej.

Wychodzę z domu, umawiam się z ludźmi i zaczynam mieć wrażenie, że uciekam przed własnym dzieckiem, by mniej czasu być z nim sam na sam, by jakoś tak poczuć, że żyję czy coś w tym stylu. I gdy wracam do domu, a przede mną perspektywa domowego zacisza, spokoju przerywanego jedynie piskliwymi katastrofami malucha nagle to wszystko zaczyna mnie przerażać. Staję się całkiem już nerwowa jak tykająca bomba. Co się ze mną dzieje i czemu nagle mam ochotę wyrzucić dziecko przez okno i sama uciec? Co to takiego skoro nawet ostatnio mam ciut czasu dla siebie, odpuściłam standardy sprzątania i generalnie latorośl coraz bardziej samodzielna? Dlaczego nie potrafię się cieszyć nim tak, jak wiem, że chciałabym?

Wiem że to nie w nim problem, czuję podkórnie, że to ja.. że coś się czai by wyleźć z bezpiecznej nieświadomości. Wiem, tylko jeszcze nie ułożyło się w mojej głowie na tyle dobrze bym siadła na tyłku z westchnieniem „acha, więc to tak”.

Dziś się to stało. Wryło mnie oczywistością i przygniotło. Samotność.

Samotność matki samotnej. Samotność, której tak bardzo czuć nie chcę i która wygania mnie z domu. Samotność która sprawia że moje oczy zasnute są smutkiem, którym tak bardzo nie chcę zatruć mojego dziecka. Co z nim zrobić? Jak go ukryć? Nie potrafię chyba. Gdy przestaję być autentyczna znikają ze mnie resztki radości i staję się nerwową niefajną mamą. Nie chcę tak i nie umiem.

Mam takie chwile kiedy pragnę pozostać małą dziewczynką i wierzyć naiwnie, że gdzieś tam jest książę z bajki, który potrafi sprostać dzisiejszym czasom i moim standardom. Dużo wymagam od siebie i z jednej strony mam już dosyć tych wyżyłowanych narzuconych sobie wymagań, z drugiej nie potrafię udawać głupiutkiej dziewuszki z oczami pełnymi zachwytów nad chłopcem, który standardy dotyczące własnego charakteru ma tak niskie, że głowa boli, za to standardy dotyczące traktowania jego osoby przerastające otoczenie. Niestety dookoła takich właśnie widzę i zaczynam wątpić, że dzisiejsze czasy mają mi do zaoferowania kogoś sensownego płci odmiennej. Straassznie to smutne. I wkurwiające zarazem.

Bo jak… powiedzcie mi ludzie! Jak mam wychować syna, który sprosta sensownej kobiecie skoro nie ma on skąd czerpać przykładu?

Niedzielny obiad u dziadków. Babcia przeziębiona, rozchorowana właściwie, ale ogarnia wszystko, gotuje, zmywa. A panowie co? Siedzą na dywanie zachwycając się wnukiem…

Gdy wymęczona babcia wreszcie znajdzie chwilę by również na tego wnuka popatrzeć to jeszcze ją ochrzanią, że przeszkadza albo i co innego. Zawsze się coś znajduje.

I najlepsze w tym wszystkim jest to, że ciągłe zarzuty, które słyszę z męskiej części publiczności to właśnie to, że nam ciągle ale to ciągle coś w nich nie odpowiada. Śmiech na sali.

Cóż… niestety Panowie…

Marzę o chwili by powiedzieć Wam otwarcie, że jesteście tacy cudowni jak chcielibyście być. Marzę o chwili kiedy powiem jak świetnie nas wspieracie, dbacie i te wszystkie formułki o których marzycie chłopcy… ale do cholery zróbcie wreszcie coś by choć trochę była to prawda!

Bo póki co…. marnie widzę przyszłość mojego syna.

 

 

 

Photo by Sharosh Rajasekher on Unsplash

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s